Ewa Alicja Slomska

Wpisy

  • piątek, 18 maja 2012
    • "Powiedz mi" - o życiu i pisaniu z Grażyną Orlińską ...

      GO


      Z Grażyną Orlińską, poetką, scenarzystką, autorką tekstów piosenek, członkiem ZAiKS-u i ZAKR-u. rozmawia Ewa Alicja Slomska


      Pani Grażyno zacznijmy naszą rozmowę od wydarzenia, które towarzyszy Pani w ostatnich dniach, czyli wydanie i promocja nowej płyty z Pani tekstami. Proszę powiedzieć kilka słów jak doszło do jej powstania, kto jest autorem muzyki a kogo usłyszymy na płycie?

      - Album "Powiedz jej" nagrany został w listopadzie ubiegłego roku, w studiu Radia Gdańsk. Wkrótce będzie miał swoją premierę. Autorem wszystkich kompozycji jest Grzegorz Marchowski (to nasza druga, wspólna płyta). W nagranych piosenkach usłyszymy także jego gitarę i - przede wszystkim - wokal. Obok Grzegorza - dysponująca niezwykłą barwą głosu Magdalena Choryło, którą nasi słuchacze znają także z "Zielonego księżyca" (poprzedniej, wspólnej płyty). Mówiąc o "Powiedz jej", nie sposób nie docenić pracy naszego aranżera i basisty, muzycznego wizjonera, Maćka Jeleniewskiego. Nie sposób nie wymienić znakomitych, trójmiejskich muzyków: Rałała Rachowskiego (fortepian), Łukasza Jeleniewskiego (perkusja), Arka Disterhefta (saksofon i klarnet) oraz Przemka Popławskiego (skrzypce). Gościnnie, na gitarze elektrycznej, zagrał Tomek "Snake" Kamiński. Całość ogarnął, czyli zrealizował, zmasterował i zmiksował nieoceniony Michał Mielnik. Brzmienie "Powiedz jej", z którego jestem tak dumna, jest wynikiem twórczego szaleństwa Ich wszystkich.


       

      Do Pani tekstów muzykę tworzyli między innymi Ryszard Poznakowski, Włodzimierz Nahorny, Włodzimierz Korcz, Jacek Skubikowski, Czesław Majewski, Mirosław Czyżykiewicz, Ryszard Szeremeta, Józef Skrzek... proszę powiedzieć jak to jest współpracować z tak znanymi ludźmi?


      - Im większy artysta tym skromniejszy człowiek - to się  sprawdza !  Rysiek Poznakowski był pierwszym kamieniem milowym na mej  drodze, od niego wszystko sie zaczęło. "Epoka Poznakowskiego" to czas popularnych przebojów i .... uczenia się piosenki. Wszak byłam młodą, gniewną i bardzo hermetyczną poetką, którą trudno było raczej posądzać o jakaś szczególną melomanię. Nieżyjący już, niestety, wybitny krytyk literacki Piotr Kuncewicz, prowadząc jeden z moich pierwszych wieczorów autorskich powiedział wręcz, że nie wyobraża sobie Orlińskiej, piszącej w rytmie kujawiaka. Potem był skok na głęboką wodę... okres poszukiwania swojego miejsca w piosence (niekoniecznie tej z pierwszych miejsc list przebojów). To, między innymi, czas intensywnej współpracy z Mikołajem Hertlem (multiinstrumentalistą, twórcą muzyki elektronicznej), który zaowocował aż trzema projektami.

      goNastępnym kamieniem milowym na mej drodze był sopocki Teatr Atelier im. Agnieszki Osieckiej, dla którego wspólnie ze znakomitą krakowską kompozytorką, Ewą Kornecką, napisałam monodram muzyczny "To miał być żart". Oczywiście, w międzyczasie powstawało wiele piosenek z wieloma kompozytorami - wyróżniam tu tylko tych, z którymi współpracowałam przez dłuższy okres czasu. Od paru lat, na dobre i na złe, związana jestem z Grzegorzem Marchowskim. Dwa lata temu ukazał się nasz "Zielony księżyc", a dosłownie przed chwilą - "Powiedz jej".


      Słuchając fragmentów ostatniej płyty „POWIEDZ JEJ” mam wrażenie, że utwory na niej nagrane to swoista kraina łagodności, zatem ogromny przeskok od takich wielkich przebojów jak na przykład "Chałupy welcome to", "Baw się lalkami" , "Nie bój się żyć", "Bajdy – znajdy”, "Szał by Night”, "Czas na miłość" …


      - Wymienione piosenki to baaaardzo odległe dzieje! Dzięki nim zaistniałam na t.zw. rynku, choć zawsze było mi bliżej do piosenki literackiej, aktorskiej (teatr to chyba największa miłość mego życia). Trudno było uwierzyć, że napisała je autorka "Kształtu nieistnienia" (przed laty, po moim piosenkowym debiucie, w osłupienie wprawiła mnie informacja prasowa, że jestem.... pseudonimem pani Marii Czubaszek! ). Tak samo,  trudno było później uwolnić się spod władzy ich popularności.  Nie chciano innej Orlińskiej, więc na pewien czas w ogóle zniknęłam z mediów. Dziś myślę sobie, że dotknął mnie, po prostu, syndrom... „kapitana Klosa”.  Pan Mikulski z pewnością doskonale wie, co mam na myśli. "Chałupy" są moim osobistym kapitanem Klosem i nie ma sensu z tym walczyć. Zawsze będę głównie ich autorką. Poddałam się :)


      pj"Powiedz jej" jest z kolei naturalną konsekwencją wielu wcześniejszych albumów z moimi tekstami, że wspomnę choćby "Czułość", "Sopocki nokturn" czy "Zielony księżyc". Nie jestem, tak do końca przekonana, czy Kraina Łagodności jest najszczęśliwszym określeniem tego materiału... W ogóle szufladkowanie piosenek już dawno straciło chyba sens. Gatunki muzyczne przemieszały się ze sobą. Ja przynajmniej przestałam nadążać. Poezja śpiewana, na przykład, wymieniana jest jednym tchem,  z piosenką turystyczną. "Powiedz jej" z kolei - to niby poezja, do tego śpiewana, ale... Teksty nie są ani łatwe ani łagodne, muzyka wibruje emocjami, wszystko razem zmusza do myślenia... czasem aż boli... nie da się tego śpiewać podczas wędrowania, czy wspólnego biesiadowania przy ognisku... Mam właściwie problem z nazwaniem gatunku, pod którym można usytuować "Powiedz jej". Ktoś zaproponował łagodną alternatywę... może tak. Mamy  w każdym razie  nadzieję, że to nasze niepokorne "dziecko" znajdzie swoją niszę i swoich słuchaczy.


       

      Czy autor tekstów ma wpływ na to w jaki sposób jego słowa zostaną „ubrane” w muzykę i jak przekaże odbiorcy ich wykonawca?


      - Pewnie chciałby mieć... pewnie, w jakimś stopniu ma - przynajmniej jeśli chodzi o stronę muzyczną , ale... różnie to bywa. Zdarzało się, że słysząc produkt finalny, którego punktem wyjścia był mój tekst, miałam ochotę schować się w mysią dziurę... Bywało jednak, że słuchając gotowej piosenki nie potrafiłam wyjść ze zdumienia, jak wiele znaczeń wydobył z tekstu kompozytor, czy wykonawca. Są  teksty, które chciałam skazać na niebyt i bardzo sceptycznie podchodziłam do wszelkich planów wobec nich, a później nie mogłam uwierzyć, że to te same... Na "Powiedz jej" też takie są.


       

      Powiem, że wielkim zaskoczeniem dla mnie było, iż tworzy Pani także dla najmłodszych. Dziecko to trudny odbiorca, bardzo wymagający, wrażliwy. Według mnie tekst dla dziecka powinien nieść ze sobą przesłanie dobra, ukojenia, przyjaźni … Czy ma Pani jakiś szczególny „sposób” pisania właśnie dla najmłodszych?


      - Stara to prawda, że dla dzieci trzeba pisać tak samo, jak dla dorosłych, tylko.... lepiej. Dziecko to wdzięczny, choć wymagający  odbiorca. Należy go traktować serio, nie wolno "upupiać", infantylizować... wyczuje fałsz, a dzieci są przecież do bólu szczere, nie będą udawały, by sprawić ci przyjemność ! "Balonówka z coca-colą"  to pierwsza piosenka dla dzieci,  jaką napisałam. Była przebojem programu TV "5-10-15" śpiewanym przez Karolinę Poznakowską.  W krótkim czasie  doszła do niej kolejna - "Hop na top" i tak powstał singiel.  Później były następne, które znalazły się na płytach "Narysujmy wielkie serce" ( z muzyką m.in. nieodżałowanego Henryka Albera), "Kołysankowo" czy "Herbaciany zapach róż" . To ostatnie wydawnictwo jest pozycją szczególną, gdyż książce towarzyszy płyta, na której moje "herbaciankowe" wiersze czyta Krzysztof Kolberger.   A w kolejce czeka  na  produkcję, kolejny projekt dla dzieci - "Rysujemy świat" z fantastyczną muzyką, wszechstronnego Grzegorza Marchowskiego.


      ks"...o miłości - bo świat bez niej nie wart jest niczyich oczu i o śmierci - bo co nie umiera, nie żyje naprawdę. A żyć warto. Zawsze. I mimo wszystko...." – czy to przesłanie Pani poezji? Czym w życiu zawodowym i prywatnym jest dla Pani poezja, jak ona powstaje?


      - Jest koniecznością. Nie piszę dlatego, że chcę pisać - piszę, bo nie mogę nie pisać. W tym przypadku życie zawodowe i prywatne to jedno. Jako t.zw. tekściarz jestem trudnym partnerem. Nie lubię pisać na zamówienie , nie lubię czuć nad sobą presji terminów. Zdarzają się całe tygodnie, a bywa i miesiące, twórczego milczenia. Nie siadam każdego dnia nad pustą kartką i nie czekam, aż spłynie na mnie natchnienie. Jestem z gatunku tych, którzy słuchają, więc słucham ludzi, świata, siebie... słowa znajdują się potem same. Kiedy mówię, że żyć warto, zawsze i mimo wszystko - wiem o czym mówię, bo bagaż na to życie dostałam całkiem spory, a mimo to (a może właśnie dlatego), potwierdzam: warto. I o tym piszę. Miłość i śmierć... czy jest coś ważniejszego ? Poezja to chyba najintymniejsza ze sztuk i najcichsza.  Każdym wierszem mówię TYLKO do ciebie... To  bliskość.


      Grzegorz Marchowski to…


      - "Marcepanowa miłość" (patrz: "Powiedz jej")...

      A w sensie zawodowym: kompozytor, gitarzysta, pieśniarz, współtwórca legendarnych "Wałów Jagiellońskich", mający swe artystyczne korzenie w piosence studenckiej. Wcześniej komponował do wierszy Tuwima, Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, Wilmańskiego czy Kubiaka. Wielka wrażliwość, niezwykła muzykalność... nuty, bez wysiłku, układają mu się same w melodie. Niesamowicie twórczy.  W wolnych chwilach rozmnaża.... gitary.


      Dlaczego Sopot? Nie życiem płynąca Warszawa, nie tajemniczy Kraków … Cicha przystań z sopockim molo?


      - Mówię o sobie: warszawianka z urodzenia, sopocianka z wyboru. W Sopocie spędziłam 10 lat swego życia. Do Warszawy wróciłam dopiero dwa lata temu, ale... wciąż czuję się sopocianką. To moja Arkadia, miłość od pierwszego wejrzenia a do tego... morze, bez którego w ogóle trudno mi żyć. W Sopocie powstawały  najważniejsze dla mnie teksty, w Sopocie zaczynają swój żywot kolejne płyty, tomiki poezji... dopiero stąd ruszają w świat. Tu są moi przyjaciele, miejsca, tęsknoty... Tu, w nieistniejącej już "Kawiarence pod Żaglami" spotkałam także swoją "marcepanową miłość" . Znam chyba każdą uliczkę, werandę, każdy witraż tego "Miasteczka z Andersena" ...  Na stulecie  Sopotu napisałam piosenki na płytę "Sopocki nokturn". Jak kaskaderka.... bez pieniędzy na produkcję, prawie bez sponsorów... Zupełne szaleństwo, którym udało mi się zarazić znakomitych kompozytorów i wykonawców. Pracowali właściwie za darmo: Włodzimierz Nahorny, Włodzimierz Korcz, Jacek Skubikowski, Janusz Hajdun, Mirek Czyżykiewicz... śpiewała Hania Banaszak, Marzena Trybała, Basia Dziekan, Justyna Szafran... wielu innych. Życzliwe Radio Gdańsk użyczyło studia... sam Per Dahlberg zaprojektował okładkę ... Udało się !  Do dziś jestem szczęśliwa, że się udało zwłaszcza, że nie ma już wielu miejsc, o których pisałam... ludzi, będących jego kolorami. Sopot się zmienia, unowocześnia, ale gdy przymyka się oczy, wciąż słychać  nad dachami, dzwoneczki Parasolnika.


      Czym jest życie czy pułapką, a może wielką niespodzianką? Gdyby nie nadeszło jutro … to jakie kroki by Pani podjęła dziś? Co zmieniła, co zatrzymała na zawsze, co wyrzuciła ze swojego dotychczasowego życia?


      - Istnieje tyle definicji życia, że chyba nie pokuszę się o następną. Z resztą to, czym jest dla nas, zależy od danej chwili, a jego ironia polega na tym, że - jak powiedział Kierkegaard - "żyje się  do przodu, a rozumie do tyłu". Nie żałuję właściwie niczego i niczego nie wyrzuciłabym ze swego życiorysu (choć nie wszytko chciałbym powtórzyć....).  Każde ( nawet najtrudniejsze ) doświadczenie czemuś służyło, po coś było... ukształtowało moje "ja". Czasem myślę, że gdyby oszczędzone mi zostało to i owo, na pewno byłabym dziś kimś innym. Ale czy to znaczy, że lepszym...?  Wciąż się spełniam i doskonale wiem, że któreś jutro nie nadejdzie ... Jeśli tylko zdążę powiedzieć wszystkim swoim bliskim, jak bardzo ich kocham - będę gotowa.

       


      I już na koniec, wracając do najnowszego Pani „dziecka”, płyty  POWIEDZ JEJ – gdzie i kiedy poza domowym zaciszem będziemy mogli usłyszeć Pani teksty w wykonaniu Grzegorza Marchowskiego i Magdalena Choryło „na żywo”?


      - Wkrótce premiera albumu, w sopockiej Zatoce Sztuki i pierwsze koncerty na Wybrzeżu, ale tak naprawdę zaczniemy nasze podróżowanie dopiero po wakacjach.  O wszystkim będzie można dowiedzieć się na moim facebook'owym fanpage'u, zaś  w sprawie koncertów prosimy kontaktować się z naszym wydawcą, czyli z Dreamland Studio.


      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      piątek, 18 maja 2012 16:16
  • wtorek, 15 maja 2012
    • Łysa Góra i tajemnica grobu Wiśniowieckiego

      moim najważniejszym towarzyszom

      podróży przez życie

      - Mariuszowi i Michasiowi

      - dedykuję

       


      eas

      W czasie naszej wędrówki po południowej Polsce dotarliśmy także na Łysą Górę, gdzie znajduje się Sanktuarium Krzyża oraz … domniemane miejsce spoczynku Jeremiego Michała Wiśniowieckiego, ojca późniejszego króla polskiego Michała Korybuta. Dlaczego domniemane miejsce spoczynku? Dowiecie się tego już za chwilę.


      Wróćmy jednak do bohatera, pogromcy Kozaków… Jeremiego, którego jako jaśniejącą postać daje nam poznać między innymi Henryk Sienkiewicz w OGNIU I MIECZEM.


      W historii zasłynął jako niestrudzony wojownik, zwycięzca spod Beresteczka i Zbaraża, a zmarł podczas wyprawy wojennej przeciw Bohdanowi Chmielnickiemu, /przywódcy powstania kozackiego przeciwko Rzeczypospolitej w latach 1648-1654, bohater narodowy Ukrainy/, 20 sierpnia 1651 roku w obozie Polskim pod Pawołoczą.


      Jak doszło do śmierci Jeremiego? W wyniku ran odniesionych w walce? Otóż nie… Hipotezy są następujące - "... z pragnienia ogórków zjadł, potym miodu się napił, z czego żołądek zepsował i w gorączkę wpadł..." -  czyli albo zatrucie żołądkowe … albo celowe otrucie wodza wojsk polskich, o co został podejrzany przede wszystkim hetman wielki koronny Mikołaj Potocki.

       

       

      Czas był to niespokojny dla Rzeczpospolitej, dlatego by uspokoić zarówno wojsko, tak oddane Jeremiemu jak i mu przychylne społeczeństwo polskie zarządzono przeprowadzenie sekcji zwłok – pamiętajmy, że mówimy o wieku XVII zatem nie ma mowy o super postępowej medycynie sądowej… Niestety, do naszych czasów protokół z sekcji nie zachował się, mamy tylko przekaz pośredni, dzięki któremu wiemy, że Wiśniowiecki był osobą otyłą, a  co za tym idzie - organy wewnętrzne miał mocno otłuszczone, no i wiemy z lakonicznego opisu, iż według badających - kniaź nie został otruty.


      easZ materiałów opisujących przyczyny śmierci Wiśniowieckiego znalazłam trzy, a mianowicie mogła to być cholera lub choleropodobna biegunka, zatrucie pokarmowe, o którym wspomniałam już wcześniej lub … właśnie otrucie.


       

      Tak czy inaczej to dopiero preludium do tego co miało się zacząć dziać z szczątkami doczesnymi Jeremiego. Po przeprowadzonej sekcji, włoki zalano smołą /mumifikacja/, złożone w drewnianą trumnę zostały przewiezione do kościoła w Sokalu, gdzie miały czekać na pochówek. W dwa lata później żona kniazia - Gryzelda Konstancja Zamoyska przybyła na Święty Krzyż wraz ze zwłokami … ale pogrzebu dalej nie odprawiono. Dlaczego? Znów musimy się odnieść do historii Polski i tamtego okresu … otóż klasztor był okupowany przez załogę szwedzką i siedmiogrodzką, a gdy nadarzyła się okazja by pochować szczątki … ponoć … zaginęły. Należy sądzić, ze właśnie dlatego jego syn, już wówczas król Polski ograniczył się do ufundowania tabliczki z napisem:


      „Hieremias Cosacorum terror - Dux et princeps visnioviecus - Michaelis Primi Regis Poloniae Progenitor - ab A.D. 1653 depositus”


      w tłumaczeniu na język polski:


      "Jeremiemu pogromcy kozaków, wodzowi i księciu Wiśniowieckiemu, Michał pierwszy, Król Polski, potomek, złożonemu od 1653r."

       

      eas

      Dołóżmy jeszcze do tego wszystkiego losy klasztoru w okresie 2 wojny światowej… i spalenie kościoła, ogólny chaos w krypcie Oleśnickich, w której rzekomo miały zostać złożone szczątki Jeremiego, prawdopodobnie zniknęła, została zniszczona i tabliczka Michała Korybuta, która ewentualnie mogła wskazywać na miejsce złożenia zwłok … I nie wiemy … kto dziś pokazywany jest w przeszklonej trumnie w podziemiach klasztoru.


      Nim jednak trumna trafiła do podziemi … 10 września 1980 roku przeprowadzono badania zwłok z kaplicy Oleśnickich, które miały być zwłokami księcia. Pomysłodawcą badań był prof. Jan Widacki i prof. Zdzisław Marek.  Nie powiem bym była zaskoczona relacją z przeprowadzonych oględzin. Dlaczego? Wojny, rabunki, grabieże …  I mamy już pierwsze relacje z badań – trumna nie była pierwotną, zwłoki w stanie całkowitego strupieszczenia, „nie ubrane, poprzykrywane za to różnymi kawałkami tkanin, także m. innymi połówką damskiego gorsetu. Głowa spoczywała na złożonym żupanie koloru ceglastego.

      Co do ustalenia płci nie było kłopotu, ponieważ strupieszczenie zwłok pozwalało na rozpoznanie worka mosznowego i prącia.

      Zwłoki były rozkawałkowane - oddzielona od tułowia była głowa i lewa ręka w obrębie stawu barkowego.

      Wzrost zmarłego oszacowano na 160-163 cm. Skóra zawalana była miejscami czarną substancją, mogła to być smoła”.


      easIdąc dalej – badający szukali na zwłokach śladów po sekcji jakiej poddano księcia – nie było, a wszystkie narządy wewnętrzne zachowały układ anatomiczny…

      Zatem gdzie są szczątki Jeremiego? Zapewne gdzieś w podziemiach klasztornych, ale zapewne by przeprowadzić badania wszystkich, którzy tam spoczęli w celu uzyskania odpowiedzi, „które z nich” należą do Wiśniowieckiego pochłonęły by kilka milionów dolarów… a może … podobnie jak szczątki naszego ostatniego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego … odeszły w zapomnienie pomiędzy workami z żytem, czy częściami maszyn rolniczych i czekają na ich odkrycie?

       

       

      Z A P R A S Z A M     D O    G A L E R I I

       

      Autorzy zdjęć - Ewa A. i Mariusz Slomscy

      w materiale wykorzystano:

      link

      link

      link

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 maja 2012 15:48
  • piątek, 11 maja 2012
    • SOLANIN Film Festiwal - zapraszam!

      plak

      Z Konradem Paszkowski, jednym z dwóch dyrektorów festiwalu

      SOLANIN Film Festiwal,

      rozmawia Ewa Alicja Slomska

       


      Skąd pomysł na festiwal?

      Pierwsza edycja z 2009 roku była raczej przeglądem filmowym, niż festiwalem. Bezpośrednio zaczerpnęliśmy nazwę od niezależnego filmu o superbohaterze z Nowej Soli, czyli Solaninie. Obraz stworzyłem wraz Eliaszem Gramontem i Michałem Kasprzakiem, który wcielił się tytułową rolę. Właśnie ten offowy film otwierał pierwszą edycję festiwalu, który został zrobiony wspólnie z Grzegorzem Potęgą, drugim dyrektorem. Druga i trzecia edycja pokazała, że Solanin to już rasowy festiwal kina niezależnego, a to za sprawą zainteresowania twórców i widzów. Pomysł jak to w offowej twórczości bywa, z pasji i wiary w kino, które ma sens i zmusza do dyskusji oraz refleksji.

       

      Która to edycja?

      W 2012 Solanin Film Festiwal odbędzie się po raz czwarty. W tym roku Solanin będzie miał ważną misję do spełnienia.


      plNa kogo stawiacie przy „zgłaszaniu filmów do konkursu” ?

      Skoro Solanin ma misję, to będzie potrzebował pomocników. Stawiamy jak zawsze  na pomysłowych twórców  czyli na nowatorskich amatorów i wojowniczych profesjonalistów, którzy swoimi obrazami stoczą batalię z kinem komercyjnym. Nie ma znaczenie dla nas wiek czy doświadczenie. Również forma jest na drugim miejscu, czekamy na fabuły, dokumenty, na kino eksperymentalne: shorty, animacje, teledyski.  Ważne, żeby było szczere, mocne i bezkompromisowe, a także na takie, które jest  humorystyczne i  zabawne. Mówiąc krótko: ma DOSOLIĆ widzowi, który po opuszczeniu sali projekcyjnej, długo będzie jeszcze o tych obrazach myślał.


      Dlaczego Nowa Sól?

      Tutaj narodził się pomysł na film Solanin, a później na stworzenie właśnie takiego festiwalu. W Nowej Soli robimy go po raz czwarty i na pewno myślimy jeszcze o 5. edycji Solanina. Jak będzie później, czas pokaże. Kilka lat temu uważaliśmy, że Solanin może stać się priorytetową imprezą kulturalną dla miasta, jednak pomimo współpracy z ośrodkami kultury w mieście, tak się nie stało. Ubolewamy nad tym, ale dzielnie działamy dalej.


      Czy Festiwal się zmienia?

      Cały czas się zmienia i zmieniać się będzie, bo nieustanny rozwój jest dla nas rzeczą najważniejszą.  Nie można stać w miejscu i być zadowolony z sukcesu poprzedniej edycji, dlatego eksperymentuje, cały czas dodając nowe rzeczy i usuwając niesprawdzone pomysły. W tym roku rozszerzamy formułę konkursową festiwalu. Tradycyjnie odbędzie się Konkurs Kina Niezależnego - przeznaczony dla samouków, amatorskich grup filmowych oraz zapaleńców, którzy sami realizują filmy.

      Nowością tegorocznej edycji jest Konkurs Kina Profesjonalnego - przeznaczony dla studentów i absolwentów szkół filmowych oraz profesjonalnych grup filmowych, a także Konkurs Kina Nowej Formy - przeznaczonych dla wszystkich twórców, którzy eksperymentują formą i treścią, tworząc filmy wykraczające poza ustalone ramy oraz animacje.

      Kontynuujemy także Konkurs Kina Lubuskiego - przeznaczony dla twórców z województwa Lubuskiego i filmów, których akcja rozgrywa się w tymże województwie. Pokażemy także niezależne kino niemieckie.

      plW tym roku, po raz pierwszy w historii Festiwalu przyznamy Honorowego Solanina WOJCIECHOWI SMARZOWSKIEMU  za mocne i bezkompromisowe kino. Reżyser odwiedzi Nową Sól 18 sierpnia i będzie Gościem Specjalnym Festiwalu, a na  4. Solaninie pokazane zostaną wszystkie jego filmy.


      Do kiedy można zgłaszać filmy?

      Do 31 maja br. i dodam, że w trakcie festiwalu prezentowane będą najciekawsze polskie, europejskie i światowe filmy minionego roku oraz produkcje niezależne. Oferta będzie szeroka i mamy nadzieję, że zadowoli wytrawnych kinomanów, zapalonych offowców, ale także amatorów i przypadków widzów. 4. Solanin Film Festiwal pokaże, że OFF to MOC!


      Gdzie będzie się odbywać projekcja filmów zgłoszonych do konkursu?

      Kino Odra, Nowosolski Dom Kultury, Miejska Biblioteka Publiczna, możliwe są także pokazy plenerowe.


      Zdaję sobie sprawę, ze taki festiwal to ludzie /instytucje, firmy …./ … Tu i teraz masz okazje by wymienić osoby, bez których festiwal by się nie odbył ! …..

      Stowarzyszenie Forum Inicjatyw Nowosolskich z Wojtkiem Olszewskim, które zajmuje się prawną organizacją festiwalu. Oczywiście Grzegorz Potęga jako drugi Dyrektor Solanina, Olga Hucko koordynująca Biuro Festiwalowe, Magda Urbaniak zajmująca się PR Festiwalu, Sławomir Bodak, dzięki któremu istniejemy i mocno działamy w Internecie, Gosia Sajewicz koordynująca wolontariat, Maciek Krobski zapewniający graficzną stronę festiwalu, Magda Lis, Ania Hucko, Jakub Gibowski, Grzegorz Żbikowski i Eliasz Gramont, którzy działają w audiowizualnym dziale Festiwalu, a także Michał Paszkowski i Paweł Pawlak kierujących zapleczem technicznym Solanin.  Dzięki całej masie życzliwych ludzi, którym zależy na festiwalu i którzy pomagają nam za darmo, bo wierzą w MOC Solanina!


      To kiedy i gdzie się spotykamy - !!! dokładny plan zajęć :D

      Spotykamy się w dniach 15-19 sierpnia 2012 w Nowej Soli, na 5 dniowym Solanin Film Festiwal, jedynym tak Mocnym Festiwalu Kina Offowego. Szczegółowy program zaprezentujemy w lipcu.


      Dziękuję za rozmowę

      A ja na SOLANIN Film Festiwal - zapraszam!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      piątek, 11 maja 2012 18:02
  • czwartek, 10 maja 2012
    • Na nivach w Pradze

      eas


      Zbliża się okres wakacji i zapewne wielu z was, drodzy czytelnicy wybiera się na zasłużony wypoczynek po roku ciężkiej, często stresogennej pracy. Zapewne plan wakacji wielu z was ma już ułożony, wiecie dokąd pojedziecie, wiecie co chcecie zobaczyć, wiecie gdzie się zatrzymacie…


      A może ktoś z was planuje wyjazd do stolicy Czech, pięknej Pragi? I może jeszcze na dodatek zarezerwowaliście sobie miejsce w hostelu „SPORT” znajdującego się przy ul. Na nivach15 ???


       

      No to … zalecam szybciutko zmienić miejsce noclegów o ile przeszkadza wam brud, kurz, lekko stęchniałe koce, brak ciepłej wody po umyciu się  dwóch, trzech osób z ośmiu użytkowników przypadających na jeden moduł mieszkalny!


      easA w zapowiedzi – reklamie w necie wszystko było takie SUPER !!! Sami zobaczcie:


      U nas taniej ! *

      Niewielki hostel oferujący pokoje modułowe z TV. Każdy moduł składa się z 2 niezależnych pokoi oraz wspólnej łazienki i aneksu kuchennego. Dużą zaletą obiektu jest też niewielka odległość do stacji metra.” – czy najtaniej, nie wiem, znalazłam jeszcze tańsze oferty, aneksu kuchennego także nie było, w pokoju znajdowała się mikrofalówka, czajnik i kilka naczyń kuchennych. Wspólna łazienka to zlew i brodzik. Odległość do stacji metra – faktycznie niewielka.


      „Recepcja czynna jest od 8.00 do 22.00 oraz później po uzgodnieniu telefonicznym z właścicielem.” – nie wiem czy można to nazwać recepcją, gdy starsza pani, po kilkakrotnym dzwonieniu na domofon, wychyla się z okna na pierwszym piętrze i krzyczy po czesku „jest rezerwacja?” Otrzymawszy twierdzącą odpowiedź… bach kluczami rzuca w dół. Wchodzimy … Wdrapujemy się na 1 piętro, na dzień dobry zostajemy oszczekani przez psa, po czym pani zapytuje się „gotówka jest?”. Na co mój mąż odpowiada „Będzie, chcielibyśmy najpierw się rozpakować”. Cud. Otrzymujemy klucze, wdrapujemy się na ostatnie piętro, otwieramy drzwi … i już zapach nas … powala, raczej do zapachów fiołkowych nie należał. No nic to… Pokój… Poddasze, trzy łóżka, pościel (Komplet ręczników i przybory toaletowe - brak). Otwieram szafę na ubrania – kurz… To samo z szafką pod zlewem i jeszcze na dodatek smrodzik zastałej wody, szafka z naczyniami – no cóż, tylko zakasać rękawy i wsio umyć, by szybko zaparzyć kawę, o której marzyłam przez pół drogi do Czech.


      easMojego męża zaczęło już … "trząść". Zszedł do owej pani recepcjonistki z pytaniem czy nie ma innych pokoi. „Nie ma, nie będzie, wszystko zajęte”. No to ok, zostajemy.


      Idę do łazienki … O matko jedyna!!! SYF !!! Brakuje słów by to opisać, a może w dodatku ktoś pije kawkę czytając te słowa, więc nie będę psuć mu smaku …


      a… w trakcie użytkowania łazienki okazało się, że woda z brodzika odpływa jak jej się żywnie podoba czyli … w ogóle. Poprosiłam panią sprzątającą o przeczyszczenie rury odpływowej, przecież i w Czechach powinien być jakiś tam kret lub inny środek żrący. No i doczekałam się … Dostałam butelkę płynu do czyszczenia WC i … se babo sama wyczyść… Apogeum to woda ciepła – patrz wyżej opis!


      Czy tylko nam się nie podobało? Otóż nie! Studenci z Wrocławia po jednej nocy spędzonej w piwnicy … dostali pokój naprzeciwko nas, określenie zakwaterowania – gorzej niż w akademiku po największej imprezie! Motorzyści z Warszawy (zamieszkali po studentach) „gorzej niż w Azji”, na co mój mąż skomentował, ze w Azji – w której bywa dość często – przynajmniej jest CZYSTO!!!


      easOK, spędziliśmy tydzień w Pradze, do hotelu staraliśmy się wracać dość późno a wychodzić wcześnie.

      Po powrocie nie omieszkałam zadzwonić do pośrednika z zapytaniem czy wiedzą jakie warunki panują w hostelu i czy ktoś z ich pracowników bywa w Pradze, by sprawdzić warunki jakie proponują na swojej stronie. Od pani, z którą rozmawiałam, otrzymałam odpowiedź, że owszem raz w roku ktoś w Pradze jest, ale oglądają pokoje, które akurat są wolne i na dodatek nasza skarga jest pierwszą jaką otrzymali na ten hostel…


      Po telefoniczny ustaleniu wysłałam maila wraz ze zdjęciami:


      Sent: Monday, May 07, 2012 11:39 AM

      W nawiązaniu do rozmowy telefonicznej w załączeniu przesyłam zdjęcia.

      Nasze zastrzeżenia:

      - brud w łazience i ubikacji

      - kurz w pokoju + pajęczyny

      - brudne podłogi i drzwi

      - ciepła woda limitowana – w naszym module mimo oszczędności przy 8 osobach 3 /1 dziecko lat 7/ +5 – wody ciepłej brakowało już po 3 osobie

      - zwróciłam się do pani sprzątającej o odepchnie rury odpływowej brodzika, z którego nie schodziła woda, otrzymałam butelkę środka czyszczącego!!!

      - ze zlewozmywaka w pokoju – fetor!!!!

      - koce śmierdzące!

      - parkowanie na przyhotelowym parkingu graniczy z cudem

      - dostęp do netu … woła o pomstę do nieba

      - obsługa – starsza pani mówiąca tylko w języku czeskim, schorowana, która rzuca na dzień dobry kluczami przez okno… Ważne było tylko – opłata za pobyt na dzień dobry i zdanie kluczy do godz. 10 w dniu wyjazdu

       

      Oczekuję od Państwa interwencji oraz informacje o tym czy właściciel hotelu podjął jakiekolwiek kroki by ulepszyć warunki – przede wszystkim sanitarne!!!

      Za duże pieniądze oczekuje się przynajmniej czystości! Jestem rozgoryczona warunkami jakie nas spotkały w hostelu i nie omieszkam opisać tego w portalach dziennikarstwa obywatelskiego oraz w serwisie społecznościowym! Trzeba ludzi ostrzegać, bo pojechaliśmy wypocząć a w zamian otrzymaliśmy warunki pożałowania warte!!!

      Ewa A. Slomska”


      A w odpowiedzi:


      „Witam Pani Ewo

      Skontaktujemy się z właścicielem i prześlemy poniższe zdjęcia.

      Dziękuję za kontakt.


      Czy podjęto jakiekolwiek środki i działania nie wiem… Dziś jest już 10 maja i nie wiem jak się sprawy mają. Na wszelki wypadek – ostrzegam – póki czas – zmieńcie miejsce zakwaterowania! 

       

      Więcej "obrazków" :

      https://picasaweb.google.com/110092208087589142255/MieszkanieWPradze

       

       

      --------------------------------

      Z ostatniej chwili - czyli uderz w stół a nożyce się odezwą ..... 11 maja 2012 roku, godz. 11.16

      "Witam serdecznie

      Kontaktowaliśmy się z właścicielem hostelu w celu złożenia skargi.
      Pan Kabelka bardzo Państwa przeprasza za zaistniałą sytuację i obiecuje że dołoży wszelkich starań aby czystość w obiekcie była na wyższym poziomie.
      Obecnie hostel „Sport” jest w trakcie rekonstrukcji. Kilka pokoi zostało już wyremontowanych. Państwo otrzymali pokój jeszcze przed remontem.
      Do końca roku prace powinny być ukończone.
      Niestety w takiej sytuacji nie jesteśmy w stanie nic więcej zrobić. Jak biuro odpowiadamy jedynie za dokonanie rezerwacji.
      W ramach rekompensaty proponujemy zniżkę przy następnej rezerwacji. "
      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 maja 2012 08:18
  • środa, 09 maja 2012
    • Na planie fimowym

       

       

      "Ojciec Mateusz” to polski serial telewizyjny realizowany na zamówienie TVP1 w oparciu o kultowy włoski format „Don Matteo”. Publiczna telewizja RAI UNO emituje go od ponad ośmiu lat. Opowieść o księdzu-detektywie we Włoszech wciąż gromadzi przed telewizorami miliony widzów.


       

       

      W Polsce akcja serialu rozgrywa się Sandomierzu i innych atrakcyjnych miejscach regionu świętokrzyskiego, a sceny we wnętrzach w Warszawie i okolicach. Każdy z odcinków opowiada odrębną historię. Powracający z misji na Białorusi ksiądz Mateusz (Artur Żmijewski) zostaje wezwany przez biskupa (Sławomir Orzechowski). Na spotkaniu w kurii dowiaduje się, że obejmie probostwo w niewielkiej miejscowej parafii. Na pierwszej mszy odprawianej przez Mateusza poznajemy barwne grono jego parafian. Jest wśród nich jego gospodyni Natalia (Kinga Preis), Piotr – kościelny i organista w jednej osobie (Łukasz Lewandowski) i policjant Nocul (Michał Piela). Gdy niezwykły detektywistyczny talent nowego proboszcza się ujawni się, aspirant Nocul stanie się częstym gościem na plebanii.

       



       


      Twórcami polskiej wersji są Maciej Dejczer i Andrzej Kostenko (reżyseria) i Jarosław Żamojda (zdjęcia). W tytułowej roli występuje Artur Żmijewski, a towarzyszy mu plejada znakomitych aktorów: Kinga Preis, Piotr Polk, Bogdan Łazuka, Radek Pazura, Rafał Sławomir Orzechowski i inni. Serial realizowano z prawdziwym rozmachem: zdjęcia z udziałem przeszło 180 aktorów trwały ponad 100 dni zdjęciowych, a kręcono je w ponad 170 obiektach. Zdjęcia plenerowe realizowane w Sandomierzu, a sceny we wnętrzach w Warszawie i okolicach. - całość za: link




      A nam udało się podpatrzeć jak "kręci się" maszyneria filmowa! Zapraszam na fotoreportaż z planu filmowego, autorzy zdjęć Ewa Alicja i Mariusz Slomscy specjalnie dla mojej MAMY

       


      A więcej zdjęć:

      https://picasaweb.google.com/105734953816735513252/SandomierzNaPlanieFilmowym


       

      Z A P R A S Z A M :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      środa, 09 maja 2012 09:28
  • poniedziałek, 07 maja 2012
    • Na krakowskim Kazimierzu

       Niegdyś słynął z wybitnych rabinów, kabalistów i lekarzy. Dziś przyciąga scenami jak z obrazów Chagalla a wszystko to dzięki Stevenowi Spielbergowi i jego filmowi o krakowskich Żydach i Oskarze Schindlerze. Tak, właśnie tak. A dlaczego? Otóż jeszcze 20 lat temu ten szczególny zakątek Krakowa był zapomniany przez turystów i włodarzy miasta. Piętno II wojny światowej ciągnęło się tutaj aż do nagłośnienia przez Spielberga dzielnicy miasta i jego dawnych mieszkańców. Jeszcze dwadzieścia parę lat temu przechodząc uliczkami Kazimierza miało się wrażenie, że wszystko tu popadło w otchłań czasu, dziś Kazimierz to miejsce tętniące życiem, są odnawiane kamienice, zadbane cmentarze żydowskie, odrestaurowane synagogi i ... najlepsza na świecie kuchnia żydowska.

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      Na ciąg dalszy spaceru po krakowskim Kazimierzu zapraszam do galerii https://picasaweb.google.com/105734953816735513252/KrakowskiKazimierz2012# 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 maja 2012 09:05
  • piątek, 20 kwietnia 2012
  • środa, 18 kwietnia 2012
  • wtorek, 17 kwietnia 2012
    • Marcowa Marzanna

      fot. Dariusz Marek Gierej

      Czy jest coś bardziej stresogennego od jesiennej, rozmazanej słoty? No właśnie jest!

      Nic mnie bardziej nie wprowadza w nastrój przygnębienia niż szare, deszczowe, lodowato zimne (brr!) przedwiośnie! Walczę z tym uczuciem bezustannie, czyli walczę sama ze sobą,
      a że podobno pozytywne myślenie pomaga, trzymam się cały czas całkiem nieźle... Kilka dni temu, nie bacząc na ulewny deszcz i porywisty wiatr, poszłam na spacer do mojego lasu. Ubrałam się ciepło, narzuciłam granatową, nieprzemakalną pelerynę, przywiezioną niegdyś 
      z Eftelingu, taką z czerwonym klaunem Pardoesem na plecach, wciągnęłam gumowce
      i odważnie stawiłam czoła rozkapryszonej aurze. Peleryna to był dobry wybór, parasolki nie utrzymałabym w ręku! Całe szczęście, że wiatr wiał mi w plecy, dzięki temu szybciej dotarłam, ba (!) prawie dofrunęłam do lasu.

      Cóż mogę powiedzieć...Nie kwiaty, wychylające się spod resztek śniegu, tam na mnie czekały, tylko błoto, grząskie i głębokie. Dziwię się, że nie zgubiłam w nim  kaloszy! Nogi rozjeżdżały mi się w cztery strony świata, ale to mnie nie powstrzymało, przeciwnie, złość na sytuację i trochę na swoje nieobliczalne pomysły, pchała mnie do przodu! Brnęłam dzielnie brzegiem ścieżki  po szarej, zeszłorocznej trawie, ohydnie śliskiej, obscenicznie owijającej się wokół kostek.

      Otulała mnie cisza...Nic nie było słychać oprócz gęstego szelestu kropli deszczu na gałęziach drzew, zawodzenia wiatru w ich koronach i oczywiście ssącego mlaskania błota, towarzyszącego każdemu krokowi. Było obrzydliwie. Kilka razy zamierzałam zawrócić, ale wydawało mi się, że za którymś z zakrętów czeka na mnie zaklęta polana, a na niej jednak jakieś dzielne, szalone roślinki, które odważyły się osobiście pożegnać zimę... Niestety, na żadną, ku ogromnemu rozczarowaniu  nie natrafiłam.

      W pewnym momencie, gdy  zorientowałam się, że poszłam nie tą ścieżką, postanowiłam definitywnie przerwać spacer. Wybrałam drogę na skróty i dobrze zrobiłam! Niespodziewanie wyszłam na brzeg bezimiennego cieku wodnego, porośniętego wierzbowatymi krzewami. Nie powiem, żeby były obficie obsypane baziami, ale niektóre gałązki miały jednak kotki! Od razu zrobiło mi się lżej na duchu, nie czułam już zmęczenia, ani zawodu. Te małe puszyste kuleczki, z kropelkami deszczu każda, odegnały wszystko, co złe. Wyciągnęłam rękę, żeby zerwać chociaż jedną, maleńką witkę, ale musnęłam tylko palcami ich wilgotną, gładką puszystość... i zrezygnowałam. Większą przyjemność sprawi mi bowiem  wspomnienie tej chwili, niż gałązka marniejąca samotnie w wazonie na stole.

      A dzisiaj rano zaświeciło słońce!

       Wiosenny kolaż

      Marcowa Marzanna

       

      W grząskim, lśniącym błocie zgubiłam kalosze,
      Kiedy? Nie pamiętam, może zeszłej zimy?
      Nie odszukam zguby, chociaż o to prosisz,
      Dawno nie ma drogi, więc nią nie wrócimy...

       

      Bose stopy ziębną w pozimowej słocie,
      Lecz niedługo wiosna, pantofelki włożę,
      Słońce zaraz błyśnie, będzie po kłopocie,
      To niewielka strata, bywało już gorzej...

       

      Kwaśną minę zgubię, w uśmiech się odzieję,
      Zawiruję w tańcu w wichrowych podmuchach,
      Popatrz jak się pięknie dziś do ciebie śmieję,
      Perlistego dźwięku cała Ziemia słucha...

       

      Czas szybko ucieka, niedosyt zostawia,
      Dzień do dnia podobny, choć się bardzo starasz,
      Do zmiany kanonów żarliwie namawiam,
      Na pewno się uda przezwyciężyć marazm...

       

      Popatrz więc mi w oczy, wykąp się w błękicie,
      Pomoże nam wiosna, co nadzieję niesie,
      Chmary snów tęczowych wniesie w nasze życie,
      Ma więcej kolorów, niż stubarwna jesień...

       

      Sięgnij dziś po Słońce, którym niebo świeci,
      Zaś do butonierki włóż Gwiazdę Zaranną,
      To ci chorą duszę na zawsze wyleczy,
      A smutek odpłynie z marcową Marzanną!

       

      www.tenpieknyswiat

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Marcowa Marzanna”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ismogena
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 kwietnia 2012 20:12
  • niedziela, 01 kwietnia 2012
    • Idą święta

      Wiadomo - reklama dźwignią handlu. Dopiero co pożegnaliśmy stary rok, opiliśmy ostatki, powitaliśmy wiosnę ... a tu już na każdym kroku, króliczki, kokoszki ... i wiosna ... Święta idą! Wiadomo - reklama dźwignią handlu...
      A ja skorzystałam z okazji, że dziecko na dodatkowych zajęciach ... Mąż w pracy ... a ja ...
      No cóż pochodziłam podpatrzyłam ... Z góry przepraszam za nie najlepszą jakość zdjęć, ale jak to mówią ... top-sekret, robione z ukrycia i to w dodatku z komórki .... Nie wiem co można foto-machen a co nie ...


      ***

      ups ... publiczna toaleta w centrum Winterthuru

       

      poprawiłam sobie domowy nastrój :-)

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

       

      ... "No ... mamuś, gdzie ten prawdziwy

      W  I  E  L  K  A  N  O  C  N   Y      Z  A  J  Ą C  Z  E  K ????"

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Idą święta”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 kwietnia 2012 08:35
    • Zmęczenie materiału

      alt

       

      Dziś jeszcze muszę przygotować mięsiwo, jutro, no może pojutrze wezmę się za ciasta. Jak to dobrze, że przyjedzie Ola, zajmie się Miśkiem. Będę miała spokojniejszą głowę. Wszystko już prawie gotowe. Okna umyte, podłogi wypastowane, dywany wyprane ... Zakupy zrobione. Czy nie zapomniałam o czymś? A ... koszyk. Muszę go poszukać!!! Gdzie jest koszyk na święconkę?! Boże, jeszcze kiełbasa do święconki!!! Chrzan utarłam, śmietanę do barszczu muszę kupić!


       

       

      eas

      Weź kobieto kartkę i zacznij zapisywać! Obiad na dziś - zupa, jutro uroczysta kolacja, Wielki Czwartek, zrobię pierś z kurczaka nadziewaną grzybami. Mam jeszcze grzyby mrożone! ? Piątek ... Wielki Piątek - post ścisły ... Śniadanie dla Mariusza, jajka, ser ... E............... w piątek ma wolne .... Obiad .... Może tak zupę krewetkową, tak dawno nie robiłam ... W sobotę święconka, kurcze czy kupiłam farbki do malowania jajek? Może skorupki z cebuli?! Już wiem, Miś ma w ostateczności mazaki. Serwetki - są chyba na górze, kupowałam, na pewno kupowałam! Muszę poszukać. Prasowanie, kurcze jeszcze to ... może dziś wieczorem mi się uda .... Jeszcze muszę zobaczyć, o której święcą pokarmy ... ale będzie znów ubaw, gdy ksiądz będzie wypowiadał słowa "Boże pobłogosław te jajka ..." i wszyscy zgromadzeni w kościele czynią znak krzyża, ha!!! Zawsze mi się przypominają słowa Adama, że w tym momencie "żegnają się tylko panowie" :):):) Niedziela ... Uroczyste śniadanie ... Jajka na miękko i twardo ... Faszerowane, muszę kupić pietruszkę i pieczarki, szynka w zamrażalce, bigos jeszcze z Bożego Narodzenia chyba mi został, chyba muszę odmrozić zamrażalkę to się jeszcze czegoś doszukam ... Żur - kupić chleb razowy!!! Nie zapomnij o czosnku! Widziałam takiego fajnego aniołka z jajem :) Może sobie go sprawie na "zajączka", a no właśnie ... Zapomniałam o podarkach !!!

       

      alt

       

      Zapomniałam ...

       

      Zapomniałam o istocie TYCH ŚWIĄT !!! ...

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 kwietnia 2012 08:25
  • niedziela, 11 marca 2012
    • Ścieżka


      fot. eas

      Szłam leśną ścieżką

      Skropioną kroplami  szronu

      Zimowego poranka

      Było łagodnie, cicho… przyjaźnie


      Nawet niebo przeglądało się w Twoich oczach przekornie

      Oddało przyjaźni pocałunek

      -

      Wiatru lekki powiew na zamarznięte usta

      Szmerem umarłych traw i trzcin suchych

      Zapachem osłodzony

      Ziemia ciepłem nasycona

      Młodzieńca świeżością


      Pieściła swym tuleniem me bose stopy

      Z bezszelestną tkliwością

      -

      Szłam leśną dróżką wraz z Tobą

      I kochaliśmy świat cały

      Instynktownym uczuciem przyjaźni


       

      Dla M. - nawet najmniejszy gest z mojej strony

      nie powinien być dla Ciebie zamachem na Twoja wolność,

      kocham Cię tak bardzo, że zawsze pozwolę Ci odejść

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Ścieżka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      niedziela, 11 marca 2012 05:10
  • środa, 07 marca 2012
    • Jestem przykładem, że można ...

      tomek

      Tomasz Czubak – 4-krotny mistrz Polski i rekordzista kraju w biegu na 400 m, słupszczanin, strażak, propagator biegów … Co jeszcze?

      - Mąż, tata 5 letniej Wiktorii i 9 miesięcznego Aleksandra i teraz to jest na pierwszym planie.


       

      Tomku, wróćmy jednak do „prahistorii” czyli do Twoich początków. SP nr 5 w Słupsku słynęła praktycznie z chóru Fantazja i zwycięzców biegów przełajowych organizowanych w PKiW czy to właśnie wówczas zrodziła się w Tobie chęć biegania?

      - Chęć ruchu miałem chyba od „zawsze”. W podstawówce grałem w piłkę jak każdy chłopak w tym wieku i brałem również udział w biegach przełajowych jak i zawodach na stadionie nawet z dobrymi wynikami. Pamiętam śmieszna sytuację (z perspektywy lat) jak w połowie lat 80-tych były organizowane Igrzyska Harcerskie na stadionie, zgłosiłem się sam do tych zawodów, bo miałem chyba potrzebę sprawdzenia się. Był to czwórbój 60m, skok w dal, rzut piłeczką palantową i 600m, startując sam ze szkoły zająłem 3 miejsce drużynowo i odbierając nagrodę pani zaznaczyła, że to nagroda dla szkoły… choć byłem tam sam bez żadnego opiekuna…

       

       

      TomekDlaczego właśnie biegi a nie inna dyscyplina lekkoatletyczna?

      - Przypadek, tak jak mówiłem była piłka nożna, karate i w szkole średniej  - „budowlance” pracował Piotr Zduński, który wypatrzył mnie na zajęciach wf i wyperswadował mi żebym zaczął uczęszczać na sks z czego na początku nie byłem szczęśliwy. Ale odbyły się pierwsze zawody i zawsze byłem w czołówce, co sprawiło mi dużą radość i tak się zaczęło.

       

       

      Mistrzostwa Juniorów w Kielcach i 1992 rok to dla Ciebie początek nowego rozdziału w życiu?

      - Początek był 3 lata wcześniej, ale też w Kielcach. Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży, startowaliśmy tam w sztafecie 4x100m, gdzie zdobyłem swój pierwszy medal na Mistrzostwach Polski - brąz a cieszył jak złoto. Startowałem tam również na 100m, ale poza konkurencją, bo nie zdążyłem wypełnić minimum. Biorąc czasy z finału 100m zająłbym tam 5 miejsce. To po 2 miesiącach treningu to było perspektywiczne. W 1991 roku pojechałem na Mistrzostwa Europy już jako czterystumetrowiec zająłem 6 miejsce na 400m. W sztafecie 4x400 zdobyliśmy srebrny medal. Następny rok był można powiedzieć przełomowy, będąc jeszcze juniorem wygrałem Mistrzostwa Polski we wszystkich kategoriach tzn. juniorów, młodzieżowców i seniorów. Od tej pory na wiele lat zagościłem w kadrze. Choć te większe sukcesy nadeszły dopiero 5 lat później.

       

      Edward Antczak to …. ?

      - Mamy chyba za mało czasu żebym wszystko powiedział. Po tym jak Piotr Zduński mnie „znalazł”, w klubie Gryf Słupsk zacząłem być zawodnikiem trenera Edwarda Antczaka i tak było do ostatniego dnia mojej przygody sportowej. Przez te kilkanaście lat był trenerem, opiekunem, przyjacielem na dobre i złe, można powiedzieć, że byliśmy w sporcie jednym „organizmem”. Do tej pory utrzymujemy przyjacielskie stosunki.

       

      Treningi, walka z samym sobą, wyjazdy, zgrupowania … a później start w zawodach i doskonałe wyniki, medale. W 1999 roku w sztafecie byliście drudzy, za Amerykanami, im medale odebrano za doping, a wy na swoje złoto musieliście czekać aż 10 lat, czy dalej była w was radość z sukcesu czy raczej niesmak?

      - Jedno i drugie. Często padają podejrzenia na zawodników o doping, są kontrole i jak są negatywne wyniki nic nie powinno się zarzucać, więc Amerykanie wygrali my zdobyliśmy srebro i z tego się cieszyliśmy. Po 10 latach okazało się, że jeden z nich - Antonio Pettigrew brał niedozwolone środki. Najbardziej szkoda tego, że wówczas nie odsłuchaliśmy Mazurka Dąbrowskiego. Za tym sukcesem mogły iść inne profity, no ale to już jest historia.  Złoto cieszy ale teraz byłbym mistrzem świata od 12 lat a nie 3.

       

       

       

      Jesteś aktualnym rekordzistą Polski na 400 m z wynikiem 44,62 s i to od 1999 roku myślisz, że ktoś z Twoich wychowanków pobije Twój rekord?

      - Mam nadzieję że będę jeszcze długo rekordzistą, choć rekordy są po to, żeby je bić. Myślę, że to by była piękna historia żeby ten rekord pobił mój wychowanek, ale teraz to raczej jest niemożliwe bo już nie pracuje w słupskim klubie lekkoatletycznym. A żeby osiągać takie wyniki trzeba włożyć dużo pracy i mieć trochę szczęścia i przede wszystkim wierzyć w wyznaczony sobie cel.

       

      Pytam o to bicie rekordu, bo odszedłeś już z kadry, ale łowisz narybek. Czym jest BIEGAM, BO LUBIĘ?

      Tomek- BBL jest skierowany typowo skierowany, jak sama nazwa wskazuje, do ludzi którzy lubią pobiegać. W zajęciach może uczestniczyć każdy, ten co ma 16 lat i pani na emeryturze, ten co już od dawna się rusza i ten co jeszcze nigdy nie przebiegł nawet 100m. Nie ma żadnych ograniczeń. Spotykamy się raz w tygodniu, sobota 9:30 na stadionie 650-lecia przy ul. Madalińskiego w Słupsku. Jestem tam po to, żeby przekazać swoją wiedzę na temat biegania, porozmawiać o technice biegu czy o elementach siły biegowej, ale też pokazać  jak stawiać pierwsze kroki dla tych którzy pierwszy raz założyli buty sportowe na nogi. Dwa razy w roku przeprowadzam test Coopera dla wszystkich uczestników, który pozwala określić poziom wytrzymałości biegowej. Na spotkaniach panuje miła atmosfera, bo przecież wszyscy przychodzą w tym samym celu – dla poprawy własnej sprawności i wytrzymałości. Zajęcia są otwarte dla każdego, więc  w pewnym sensie pomiędzy uczestnikami budzi się duch rywalizacji. Jedną z ciekawostek, dla tych którzy jeszcze nie byli na zajęciach Biegam Bo Lubię jest to, że są bezpłatne! Można śledzić słupskie BBL na facebooku „Biegam Bo Lubię” i na stronie internetowej www.bieganie.pl .

       

       

      Ciągle słyszę, że kluby sportowe nie mają pieniędzy, że Słupsk to umierające miasto, czy sądzisz, że młody człowiek z takiego naszego grajdoła ma szansę wybić się na szczyt?

      - Na to pytanie mogę szybko odpowiedzieć, - Ja jestem ze Słupska i to jest jeden z dowodów. że można. Nie tylko ja, ale również Paweł Kryszyłowicz, Mirosława Sagun czy Barbara Madejczyk. Jak wcześniej mówiłem trzeba mieć pasję, wytrwałość i szczęście  któremu trzeba pomagać.

       

      Hm … jak godzisz trenowanie, rodzinę i jeszcze pracę zawodową?

      - W tym wszystkim co robie trzeba zachować zdrowy rozsądek. Zaplanowanie wcześniej swoich zajęć ułatwia ich realizację. Wyrozumiałość żony też ma duże znaczenie. Jeżeli robisz to co lubisz, to jest łatwiej to wszystko pogodzić.

       

      Dlaczego straż pożarna? Wciąż potrzebujesz – jak w sporcie – adrenaliny?

      - Adrenalina jest w sporcie jak również w zawodzie ratownika w straży pożarnej, ale nie jest tak samo. Choć jest satysfakcjonujące w obu przypadkach. Będąc funkcjonariuszem też poczułem sportową adrenalinę na Światowych Igrzyskach Policji i Straży Pożarnej wałcząc o medale;-).

      I ostatnie pytanie – najbliższe plany?

      - Na pewno nie stać w miejscu, rozwijać się zarówno w pracy zawodowej w PSP i trenerskiej a na zajęciach BBL poznawać nowych ludzi którzy będą czerpać radość z ruchu na świeżym powietrzu.

       

      Dziękuję Tomku za rozmowę i życzę dalszych sukcesów i w życiu prywatnym i służbowym i obyś nigdy nie zatracił w sobie tego optymizmu!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      środa, 07 marca 2012 11:43
    • Dzień jak co dzień …

       

      alt


      Wróciła z pracy, po drodze zakupy, dzieci odebrane z  przedszkola i szkoły bawią się na placu zabaw.
      Ma jakąś godzinę dla siebie … Może zdąży … Wyciągnęła z szafy swoją najlepszą sukienkę od piętnastu lat tą samą, bo zawsze trzeba coś innego niż dla niej, nałożyła maseczkę za 3,50 kupioną w super markecie, szybka kąpiel w soli, bo starczą skórę trzeba ujędrnić.  Mieszkanie wypucowane, ciasto upieczone, poprasowane, dzieci lekcje odrobiły. Położy je wcześniej spać, by mieć kilka chwil tylko dla niego …
      Wrócił. Krótkie dzień dobry, przelotny buziak w policzek, pospiesznie zjedzony obiad z nosem w gazecie. Skończone. Przeniósł się na fotel z pilotem w dłoni. 

      - Kochanie kupiłaś piwo? Daj mi.
      Człapie do lodówki, otwiera, wlewa, podaje. Dziękuje nie usłyszy. „Pójdę do kuchni” – pomyślała – „Obiad na jutro trzeba zrobić”. Później już tylko dzieci przypilnować, by zęby umyły, o uszach nie zapomniały. Pacierz i spać. 


      … może mnie zauważy?
      - Idę spać – powiedział i poszedł … Jerzy

       

      - Kochanie nie wrócę dziś na obiad. Dziewczyny w biurze organizują dzień kobiet po pracy, więc będę późno.

      … hm … a ja nie jestem kobietą?


      Ranek. Jak zawsze budzi ją ten sam monotonny sygnał budzika, nastawiony wczorajszego wieczoru przez niego … Musi wstać. Szybkie mycie, nastawić ekspres, herbata i śniadanie dla dzieci, dla niego mocna kawa i kanapki do pracy, śniadanie do szkoły dla dzieci. Pobudka i walka z wiatrakami, bo dzieci chcą jeszcze pospać. Szybciej … szybciej … Od rana gonitwa.  Pan jeszcze śpi.

      Życie.
      Dzieci do szkoły wyprawione, pan wstaje. Za chwilę i ona musi wyjść. Pięćdziesiąt minut w łazience, kawa nie wypita, kanapki zostały w kuchni, pan wyszedł …
      I ona wychodzi … Znów spóźniona.
      Praca skończona.  /???/
      Wraca do domu, co dziennie te same zajęcia, praca, zakupy, obiad, zajęcia z dziećmi,  kolacja, może jakiś film, może książka … Dzieci, mąż, praca, dom.
      Pamiętasz kiedy byłaś u fryzjera? U kosmetyczki? Kupiłaś coś dla siebie?
      On … Pobudka, mycie, ubieranie się, wyjście do pracy, praca, powrót do domu, obiad, pilot, fotel, telewizor … i ciągłe pohukiwanie na dzieci, bo są za głośno a on po ciężkiej pracy musi odpocząć …


      - Kochanie kran znów kapie – mówi ona


      - Naprawię jutro – on odpowiada, „jutro” nie nadchodzi do pojawienia się rozgorączkowanej sąsiadki, bo ją zalało i hydraulika z rachunkiem …

      Z opowieści Mikołajka …
      Po kolacji tata i mama zrobili przegląd wydatków.
      - Ciekaw jestem, gdzie podziewają się pieniądze, które ci daję?
      - Ach jak ja lubię te pytania …
      I wyjaśniła tacie, że on nie zdaje sobie sprawy ile co kosztuje i chyba czas najwyższy by sam się o tym przekonał. Tata powiedział, że to wszystko to zawracanie głowy i że on od dziś – czyli od jutra – bo dziś niedziela – sam będzie robił zakupy …
      - Wobec tego droga wolna – powiedziała mama.
      - Świetnie – powiedział tata i poszedł spać…
      Rano poszliśmy z tatą na targ. Jeszcze w domu mama zapowiedziała, że już wstawia wodę na obiad … Tata odpowiedział – Śmiej się, śmiej … Zobaczymy, czy się będziesz śmiała, kiedy wrócę z mnóstwem dobrych rzeczy kupionych za bezcen! My mężczyźni, nie damy się nabić  w butelkę!
      Ze znalezieniem miejsca były kłopoty, jakby cały świat sprzeciwił się tacie, który ma zrobić zakupy! W końcu zaparkowaliśmy …
      - Dobra – powiedział tato – teraz pokażemy na co stać prawdziwych mężczyzn ! – i poszliśmy między stragany. Pierwszy przystanek – WARZYWNIAK – Poproszę kilogram pomidorów – powiedział tato – pani położyła na szali pięć pomidorów. – To jest kilogram – wrzasną tato? – A co pan myśli? – zapytała sprzedawczyni – że za tę cenę kupi pan całą szklarnię? Ach ci mężczyźni, dopowiedziała, myślą, ze to nic nie kosztuje
      - Bo my nie dajemy się oszukać jak nasze żony, dopowiedział tato …
      Zobaczyłem w końcu wielki stragan z rybami. Świeżymi ! – Zobacz tato dorsz! – zawołałem.
      - Świetnie – powiedział tato – Chodźmy zobaczyć. Tato podszedł zapytać co i jak i za ile i czy na pewno świeże.  Podyskutowali z panem sprzedawcą i ……. Wrzask!!! Tata krzyczy „Za co? Za Kilo tyle pieniędzy? Pan oszalał! Mam płacić tyle za kilka płatów ryby?! – zrobiło się zbiegowisko! Ludzie zaczęli miedzy sobą „wymieniać poglądy” – jeden ważniejszy od drugiego … Ryby nie kupiliśmy, uciekliśmy czym prędzej w stronę parkingu z kilogramem pomidorów … A tu niespodzianka !!! Mandat …  Złe parkowanie.  Ale co tam, w końcu ruszyliśmy … I wtedy stuknęliśmy w ciężarówkę …
      ***
      W domu mama spojrzała na pomidory i chciała coś powiedzieć, ale tata zaczął krzyczeć, że nie życzy sobie żadnych komentarzy.

      alt

      ----

      A tak prawdę mówiąc ….

      Kobiety chcą być kochane

      Chociażby przez pięćdziesiąt godzin

      Klęcząc przed spadającą gwiazdą

      Modlą się o pył miłości

      Najmniej wierząc mężczyzną

      A podobno gwiazdy są gorące …


      alt

      W opowieści wykorzystano życie i „Mikołajek ma kłopoty” autorstwa Sempe i Goscinnego oraz prace Jerzego Treita.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      środa, 07 marca 2012 05:22
  • poniedziałek, 05 marca 2012
    • Pozdrowienia z Pilatusa

       

      Są miejsca, do których wracam z wielkim sentymentem, jednym z takich miejsc jest właśnie Pilatus - na szczyt, którego dziś zapraszam. 

       



      Trudno jest znaleźć inny szczyt w Szwajcarii owiany tyloma legendami, co Pilatus. Jedna z najbardziej znanych jest o smoku żyjącym tutaj od niepamiętnych czasów. Z Pilatusa roztacza się nadzwyczajna panorama górska na Lucernę, jeziora i górskie szczyty. Na własne oczy można przekonać się, jak przeplatają się tutaj tradycja z legendami.

       



      Najbardziej stroma kolejka zębata na świecie (nachylenie do 48 stopni) z Alpnachstad lub kolejka gondolowa, a następnie kolejka linowa z Kriens zawiozą na Pilatus Kulm. Z góry można podziwiać panoramę górskich szczytów, miasta Lucerny i jezior Centralnej Szwajcarii. - link

       


       

      Zapraszam wraz z moim mężem do wędrówki :)

       

       

      Więcej zdjęć :

      https://picasaweb.google.com/117742161066795763709/SzwajcariaPilatus#

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 marca 2012 08:26
  • środa, 29 lutego 2012
    • Znaki na śniegu

      Augustowska zima

       

      Obudziła mnie cisza...Gdy się ocknęłam niespodziewanie w środku nocy, nie wiedziałam, co mnie wybiło ze snu. Leżałam nieruchomo, wpatrzona w ciemność, zastanawiając się w napięciu, co się stało, dlaczego nie śpię? Prawda dotarła do mnie gwałtownie, oprócz tykania zegarów niczego nie słyszałam... Gdy zasypiałam, za oknem szalała wichura, wstrząsająca framugami, miotająca śniegiem, który ciężkimi pacnięciami rozbijał się o szyby i parapet. Od kilku dni właśnie te dźwięki kołysały mnie do snu. A teraz nic...cisza...


      Ranek wstał bezchmurny, słońce oślepiało podwójnie, odbite od grubej warstwy śnieżnobiałego śniegu. Temperatura oscylowała w okolicach pięciu stopni poniżej zera.


      O takiej zimie marzyłam!


      Oczywiście nie mogłam usiedzieć w domu, przecież mieszkam na końcu świata, pod lasem!
      Wystarczy przejść przez tory i już drzewa otaczają gęstym szpalerem ze wszystkich stron. Kiedyś to był dla mnie kres wszystkiego, teraz już nie, przecież życie cały czas płynie, więc chcąc nie chcąc, zmieniamy się i my...


      Śniegu napadało tyle, że w lesie, tam gdzie prawie nikt nie chodzi na spacery, bo za daleko, było naprawdę urokliwie. Jak w baśni Christiana Andersena, albo jeszcze piękniej. Idąc drogą gruntową można dobrnąć do Turczyna, niewielkiej wsi, oddalonej od mojego domu o ponad dwa kilometry, ale ja porzuciłam wytyczony szlak i weszłam między drzewa. Jesienią przedzierałam się przez zarośla w ulewnym deszczu, więc tym bardziej niestraszne mi były teraz oblodzone, obciążone śniegowym puchem, gałęzie sosen i jałowców. Nawet lekko potrącone, zrzucały na głowę białe tumany, z czego cieszyłam się jak dziecko, lubię przecież zimę ze wszelkimi jej dodatkami! Przyznam również skrycie, że nie przeszkadzał mi śnieg za kołnierzem, szczypiący w szyję, roztapiający się i błyskawicznie spływający na rozgrzane szybkim marszem plecy... Jestem szalona? Może troszeczkę...


      Gdzie bym nie spojrzała, na grubej, śnieżnej skorupie widniały odciski łap i pazurków zwierzyny rozmaitej.  Nie pytajcie jakiej, niestety nie znam się na tym. Między drzewami mignął mi tylko cień psa, nad głową ptaki w słońcu ćwierkały jak szalone. Oprócz wróbli i krukowatych zobaczyłam kilka sikorek w niebieskich czapeczkach, kątem oka dostrzegłam  też gila z czerwonym brzuszkiem. Później, przy torach, już w drodze powrotnej, przebiegło mi drogę stadko kuropatw.


      Każdy przyzna, że taki spacer w słoneczny, śnieżny, zimowy dzień może sprawić, że życie wydaje się piękniejsze niż zwykle...


       z Wikipedii

       

      Znaki na śniegu 

       

      Nie zacierajmy znaków na śniegu,
      Gdy przyjdzie wiosna same stopnieją,
      Niech pozostanie ślad w życia biegu,
      Nasze marzenia, klęski, nadzieje...

        
      Nie zacierajmy znaków na śniegu,
      Wicher zimowy sam je rozwieje,
      Niech prawda spłynie z kielicha brzegów,
      Tak bardzo kruche są ludzkie dzieje...


       
      Nie zacierajmy znaków na śniegu,
      Bo sypie dzisiaj znów niebem całym,
      Nie potrzebujesz żmudnych zabiegów, 
      By przykryć wszystko całunem białym... 

       

      Nie zacierajmy znaków na śniegu,
      Tak krótkie życie nam przecież dano,
      Nie zdążysz nawet spytać, dlaczego?
      Gdy ścichnie głosów nasz ludzki kanon...

       

      z Wikipedii

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ismogena
      Czas publikacji:
      środa, 29 lutego 2012 20:50
  • wtorek, 28 lutego 2012
  • niedziela, 26 lutego 2012
    • Spowiedź urzędnika 2

      Jerzy Treit

      Rozpocząłem zatem moją karierę urzędniczą na stanowisku starszego referenta, studia mi trochę w tym pomogły, bo po ekonomiku czy ogólniaku byłbym referentem, zacząłem od działu podatku dochodowego od osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą w skrócie „fizole”.  Pierwszego dnia wezwano mnie przed oblicze kierownika działu, by dowiedzieć się czego wymagają ode mnie jako urzędasa. Co usłyszałem? Przede wszystkim o godziwym wyglądzie urzędnika! Powinienem wyglądać elegancko, świeżo, powinienem nabyć  garnitur , kilka koszul najlepiej białych lub błękitnych i kilka krawatów – ale nie krzykliwych, spokojnych, bez malunków, a wszystko to za 622 zł miesięcznie mając na utrzymaniu żonę i trzy kredyty do spłacenia …


      Patrząc nieśmiało na kierownika ubranego w kremowo-siwą koszulę, w welurowej marynarce z rozpiętą koszulą pod szyją z wystającą siwą koszulką, pomyślałem „no fakt, wygląd to podstawa”.



      „W urzędzie obowiązuje bezwzględny zakaz palenia”  … no kurcze i mówi to do mnie facet na biurku, którego stoi popielniczka wypełniona petami bez filtra i do tego dmuchający mi w nos dymem papierosa odpalanego jeden od drugiego.  „Kierownik referatu przydzieli panu pokój i zakres obowiązków”.  Koniec audiencji …. Stanąłem na baczność, prawie obcasami zastukałem, ukłoniłem się z lekka, odwróciłem się z lewej i odmaszerowałem do pokoju mojego bezpośredniego zwierzchnika …  Szpiega z krainy Deszczowców …


      Stoję u drzwi twoich i kołacze, bo dobrze wychowany człowiek puka zanim wejdzie, ba,  nawet czeka na zaproszenie … Stałem i kołatałem, bo ja dobrze chowany byłem … NIE! W urzędzie nawet do zwierzchnika – o ile nie jest BOGIEM – się nie puka tylko wchodzi … I tak pewnie stałbym do urzędniczej śmierci …, zapukałem raz jeszcze i wszedłem … Przywitał mnie wielgaśny figus i opary dymu tytoniowego, … „w urzędzie jest całkowity zakaz palenia” – pomyślałem i zrazu w duchu dodałem – „jaki pan taki kram”. Trzy biurka, czyściuteńkie, żadnych dokumentów, a mówi się, że w Polsce biurokracja … Jeden komputer z lat wczesnych 80-tych i trzy klony siedzące za biurkiem, cholera – myślę – prawie sobowtóry szefa,  chyba muszą mieć podgląd do jego szafy … Przedstawiłem się ładnie  - imieniem i nazwiskiem, bez tzw. tytułu naukowego, bo i po co jak na wizytówce przed drzwiami zauważyłem tylko dopisek jednego inżyniera i żadnego „magazyniera”.


      Mój szef popularnie nazywany „szpieg” przywitał mnie serdecznie, nawet swoich czterech liter nie podniósł, tylko władczym tonem rozkazał odmaszerować do pokoju 309. Odmaszerowałem. Co rozkaz to rozkaz!


      JerzyWszedłem już bez pukania.


      A tu niespodzianka, facet w rozciągniętym sweterku koloru beż przywitał mnie


      -  Nie wie pan, że wchodzi się po wezwaniu! Kultury pana nie nauczyli? – no i już zgrzyt, tu się puka … tam się nie puka, bądź świętszy od Boga

      - Tak się składa – odpowiedziałem przymilnie do koleżanki, która siedziała po drugiej stronie „sweterka”, że tu mnie skierował kierownik Szpieg i od dziś będę z Państwem dzielił urzędnicze życie

      -  To dlaczego chłopie od razu nie mówisz?

      - Nazywam się Krzysztof Krzywonos i od dziś mam z Państwem pracować – zero odpowiedzi … - czy mógłbym wiedzieć, gdzie znajduje się moje stanowisko pracy – w pokoju stało 6 biurek, tylko 2 wyglądały na zajęte

      - Wybierz sobie chłopie gdzie chcesz, przy drzwiach nie polecam, bo Szpieg wchodzi z impetem … - odpowiedział Sweterek


      Usiadłem. Tożsamość moich współpracowników poznałem jakieś trzy dni później, gdy zmieniano wizytówki na drzwiach. Okazało się, że to, co wisiało wcześniej – jest już dawno nieaktualne, bo zasadą w dziale jest, że ludzie zmieniają częściej pokoje niż ja zimowe rękawiczki …


      Pierwsze tygodnie za przykładem kolegi Sweterka spędziłem na parzeniu mocnej kawy i gapieniem się w okno no i oczywiście od czasu do czasu przeglądając Ustawę o podatku dochodowym od osób fizycznych i Ordynację podatkowa, żyć nie umierać … w urzędzie skarbowym pracować …


      ***

      Zasadniczo urzędnik to nie człowiek, bo gdyby przyjrzeć się temu tematowi człowieczeństwa, to człowiek TO KTOŚ, kto posiada głowę – w niej mózg, klatkę piersiową z sercem i tylnią część ciała, gdzie według powiedzenia – kończy się kość ogonowa a słońce nie zagląda. Zatem dlaczego urzędnik nie jest człowiekiem? Prosta sprawa, urzędnik powinien mieć tylko ową tylnią część ciała, po pierwsze serce mu nie jest potrzebna – bo trza być twardym, rozum – tym bardziej nie jest wskazany, bo ślepo, bez własnej inwencji ma wykonywać polecenia swoich przełożonych, a tyłek, jak najbardziej wskazany, bo musi na czymś siedzieć przez 8 godzin dziennie, twardy, bo bezduszny …


      Cdn …


       W opowieści wykorzystano prace Jerzego Treita

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      slomska25
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 lutego 2012 06:43
  • wtorek, 21 lutego 2012
  • niedziela, 19 lutego 2012

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa